Kampanie społeczne na usługach polityki

with Brak komentarzy

PlatformaMało brakowało, a tegoroczna kampania wyglądałaby inaczej niż poprzednie. Wszystko przez plany wprowadzenia do Kodeksu Wyborczego zakazu emisji spotów wyborczych w radiu i telewizji oraz korzystania z nośników reklamowych o powierzchni większej niż 2m2. Propozycja uzyskała poparcie sejmowej większości, została jednak odrzucona przez Trybunał Konstytucyjny z powodu niezgodności z Konstytucją.

Piotr Lenarczyk

Zanim jednak wszystko wróciło do normy, w ciągu kilku tygodni pomiędzy ogłoszeniem zmian, a ich odwołaniem miał miejsce dosyć osobliwy okres. Niektórzy politycy przerażeni zakazem promowania się przy użyciu tradycyjnych metod, różnymi sposobami próbowali obejść nowe przepisy. Nastąpił wysyp różnego rodzaju kampanii „społecznych”, informacyjnych i wizerunkowych. Reprezentanci niemal wszystkich opcji politycznych zamiast, jak zazwyczaj, wprost namawiać do głosowania na siebie i swoją partię zaczęli lawirować pomiędzy przepisami tak stylizując wielkoformatowe billboardy, aby nie wykazywały znamion agitacji wyborczej (wg Kodeksu Wyborczego Art. 105. § 1. Agitacją wyborczą jest publiczne nakłanianie lub zachęcanie, do głosowania w określony sposób lub do głosowania na kandydata określonego komitetu wyborczego).

Powiązany z SLD Krzysztof Makowski postanowił pokazać, że wspiera lokalny sektor pozarządowy. Na rozklejonych po całej Łodzi plakatach namawia społeczeństwo do przekazania 1% podatku na pomagającą dzieciom Fundację Opoka. Co prawda ¾ powierzchni plakatu zajmuje wizerunek i nazwisko polityka, jednak o agitacji wyborczej nie może być mowy.

Podobnie było w przypadku posła PO Łukasza Gibały, który rozpoczął kampanię (rzecz jasna „społeczną”) „Kierunek Kraków”, w której z gigantycznych planszy spogląda na mieszkańców tego miasta pytając o ich problemy, ambicję i marzenia. Zbliżające się wybory nie mają oczywiście nic do tego.

Wielu polityków, tak jak Ewa Malik z PiS, zadeklarowało gotowość do pracy u podstaw i kontaktu ze społeczeństwem przypominając o godzinach otwarcia swojego biura poselskiego.

Byli również politycy, którzy postawili na gadżety, np. rozdają karty ICE (In Case of Emergency), na których można umieścić dane niezbędne służbom ratowniczym podczas pomocy ofierze wypadku.

Przykłady filantropii i lokalnego zaangażowania można bez przeszkód mnożyć. Tymczasem decyzja Trybunału Konstytucyjnego zniosła zakaz korzystania z wielkoformatowych nośników reklamowych.

Pozostają pytania. Czy fuzja marketingu społecznego z politycznym mogła skutecznie przemówić do odbiorców? „Okres bez billboardów” był okazją do rozpoczęcia kampanii bardziej merytorycznej, podkreślającej argumenty i programy poszczególnych kandydatów oraz całych partii politycznych. Być może kampanie worowane na społecznych opatrzone polityczną etykietką mogły okazać się strzałem w dziesiątkę – zabierając głos w określonej kwestii polityk może uciec od pustych haseł i sloganów, przekazać odbiorcom co konkretnie jest dla niego priorytetem.

Póki co, wydaje się, że tego rodzaju zabiegi nie były na rękę politykom. Dominuje wśród nich przekonanie, że gwarantem sukcesu w wyborach jest po prostu pokazanie swojego wielkoformatowego, komputerowo wygładzonego oblicza jak największej ilości ludzi. Do tego trendu w większości dostosowane zostały również „społeczne” billboardy.
(…)

Tekst jest fragmentem artykułu. Całość dostępna na stronie: KampanieSpoleczne.pl